Aromatyczna Prowansja

Francja to pierwszy kierunek od którego zaczęłam moją permanentną podróż. Była to miłość od pierwszego wejrzenia i uwielbiam tam wracać. Im częściej tam jestem, im więcej miejsc poznaję i ludzi spotykam, tym bardziej uświadamiam sobie ile jeszcze pięknych zakątków ten kraj skrywa i ile miejsc jeszcze trzeba zobaczyć. Już wiele razy planowałam wielką podróż przez Francję. Już byłam gotowa zapakować samochód, prowiant i wyruszyć bez presji czasu i z możliwością wszelkich zmian w programie, na jakie tylko przyjdzie mi ochota. Oprócz Alzacji, uroczych normandzkich portów i kilku większych miast, w których jeszcze nie byłam, chciałabym zatrzymać się na dłużej w Prowansji. Cały region nazywa się Prowansja-Alpy- Lazurowe Wybrzeże. Nazwa została zachowana po ostatnich zamianach w 2016 roku, podczas których zmniejszono liczbę regionów z 22 do 13 i zmieniono nazwy. Do tej pory nie mogę się przyzwyczaić, że nie ma już dźwięcznej Szampanii, Alzacji czy Lotaryngii, a zamiast tego jest Wielki Wschód. Dobrze, że zachowano piękną nazwę Provence-Alpes-Côte d’Azur i nie nazwano jej jakimś Wielkim Południem czy innym mało romantycznym wytworem. Jak sama nazwa regionu mówi, znajdziemy tam wszystko, czego człowiekowi do szczęścia potrzeba: tętniąca życiem riwiera francuska, alpejskie szczyty i malownicza Prowansja, którą wskazuje się jako tą część bardziej w głębi lądu i na zachód. Szczegółowe granice trudno określić, bo w różnych źródłach mapy się różnią. Należy mieć świadomość, że nazywając prowansalskimi wszelkie walory występujące w Cannes, Nicei, Monako czy Menton, to robimy to z rozpędu i nazewnictwo jest to jest bardziej potoczne niż poprawne. Prowansja ma swoje granice, riwiera swoje a Alpy swoje. A wszystko to tworzy jeden niezwykle urokliwy, pachnący lawendą i ziołami region, ciągnący się od granicy włoskiej do Arles położonego na Rodanem. Jak trafnie zauważył Lawrence Durrel, Prowansja jest:

…przede wszystkim nie tyle jednostką geograficzną, ile pojęciem.

Co zatem składa się na pojęcie Prowansji?

Myślę, że każdy, kto zawita w tej części świata i pozna jej urok, stworzy własną definicję. Ja opowiem, czym dla mnie jest Prowansja. Pominę tym razem nadmorskie kurorty, aczkolwiek wyjdę poza granice właściwej Prowansji i potocznie nazwę sobie prowansalskim to, co występuje poza. I wielu kwestiach nie będę za grosz oryginalna, bo czy można nie skojarzyć Prowansji z lawendą?  

Sama nazwa Prowansja pochodzi z czasów rzymskich, gdy Rzymianie nazywali Galię Zaalpejską Provincia Nostra – „Nasza Prowincja”. To już ustalone. A dla mnie?

Lawenda

Jak już wspomniałam, nie można nie skojarzyć Prowansji z lawendą, której zapach unosi się w całym regionie. Bajeczne lawendowe dywany, rozpościerają się latem w całej Prowansji (najbardziej znane to chyba w okolicach Valensole). Dookoła unosi się piękny aromat i dźwięk pracujących pszczół. I niezależnie od tego, jak te lawendowe pejzaże są oklepane, to wciąż pozostają jednym z najpiękniejszych francuskich krajobrazów. Lawendę spotkamy również daleko poza polami lawendowymi. Jest to roślina wszechobecna w całym regionie: w sklepach, na straganach, kramikach, na ryneczkach, a nawet w kuchni. Wszędzie dookoła jest fioletowo od pocztówek, które przedstawiają połacie lawendy. Do tego mnóstwo wszędzie mydełek, olejków eterycznych, woreczków z lawendą, najróżniejszych pamiątek, na których znajduje się kwitnąca lawenda, ręczników, ściereczek, pościeli, fartuszków, na których wyhaftowane są kwiaty lawendy. Lawenda jest znakiem rozpoznawczym Prowansji, jest symbolem i umowną flagą.

Co takiego wpływa na popularność tej rośliny?

Lawenda jest bardzo pożyteczną rośliną. Niezwykle ceniony jest olejek wydestylowany z lawendy. Walory zapachowe odkryli oczywiście Rzymianie, którzy jako pierwsi dodawali roślinę do kąpieli. Od tamtej pory lawenda i jej ekstrakty zaczęły się pojawiać w mydłach, żelach, kremach, balsamach i wszystkich możliwych kosmetykach i środkach czystości. Warto wiedzieć, że lawenda ma właściwości lecznicze. Wiedzą o tym Francuzi, którzy według przeprowadzanych ankiet zajmują czołowe miejsce wśród hipochondryków spożywających najwięcej suplementów, witaminek i innych tego typu specyfików. Jednym słowem są lekomanami, którzy zajmują pierwsze miejsce na świecie w konkursie na żarcie leków. (Drugie miejsce zajmują Polacy, jakby ktoś nie wiedział). Nie od dziś wiadomo, że lawenda ma działanie relaksacyjne, ale dowiedziono również, że odpowiednio stosowana pomaga uśmierzyć migrenę, wzmacnia żołądek, koi reumatyzm, opuchlizny, kontuzje, nudności, zawroty głowy, astmę i inne dolegliwości. O sposobach aplikowania nie będę pisać, bo nie jestem lekarzem, ani zielarzem (mimo, że uprawa balkonowych roślinek całkiem nieźle mi idzie), i nie chcę nikogo mieć na sumieniu. Szczególnie, gdy wspomnimy o działaniu zabijającym robaki, mole i inne insekty.

Lawenda ma również walory smakowe. Pszczoły, o których wspominałam, nie są tam przecież dla rozrywki. No chyba, że dla naszej, bo cudowny to widok i niezwykłe doznania muzyczne (jak wszystkie inne odgłosy natury). Natomiast efektem intensywnej pracy tych pożytecznych owadów, jest pięknie pachnący i fantastyczny w smaku miód. Do lawendowych przysmaków warto dodać lody oraz cukierki.

Czosnek

Występuje w Prowansji równie często jak lawenda. Stosowany jest w każdej prowansalskiej kuchni i używany niemal do wszystkiego: zup, sosów, mięsa, makaronu; jest spożywany z warzywami i na chlebie. Lokalne legendy głoszą, że Prowansalczycy noszą zawsze przy sobie główkę czosnku, na wypadek, gdyby danie okazało się zbyt mało czosnkowe. Nacierają nim widelec, którym spożywają swoje danie, przyprawiając je w ten sposób według swojego uznania.

Z czosnkiem wiążą się różne podania i legendy (odstraszanie wampirów, antidotum na jad węży i te sprawy), ale Prowansalczycy mają swoją: o czterech złodziejach, którzy okradali domy, zmarłych w wyniku zarazy, mieszkańców Marsylii. Ich pazerność i nieostrożność doprowadziła ich w końcu przed sąd. Sędzia był bardzo ciekawy, jak to się stało, że nawiedzając domy zarażonych, udało im się uniknąć choroby. Złodzieje, w zamian za łagodne potraktowanie, zdradzili sekret stosowanego przez nich eliksiru, który chronił ich przed zarazą. Magiczna mikstura składała się z: ocet, absynt, rozmaryn, szałwia, mięta i czosnek- rzecz jasna. Zapewne z tego właśnie powodu, mieszkańcy Marsylii są największymi amatorami czosnku po dziś dzień.

Biorąc pod uwagę właściwości zdrowotne czosnku, Prowansalczycy niespecjalnie przejmują się swoim oddechem. Słynnym miłośnikiem czosnku był francuski król Henryk IV, którego oddech (jak twierdził jeden ze współczesnych mu poddanych) był w stanie powalić wołu z odległości dwudziestu kroków. Nie przeszkadzało to królowi w licznych romansach. Ciekawe, co na to jego faworyty. Chyba na randkach wspólnie jedli czosnek.

Jak mówimy o czosnku, to należy wspomnieć o aioli- jest to najsłynniejszy w regionie sos czosnkowy. Sos ma konsystencję majonezu i jest podstawowym dodatkiem do wielu dań, m.in. do owoców morza. O tym, jak się robi taki sos, napiszę przy okazji tekstu na temat południowej kuchni.

Architektura rzymska

Malowidła skalne, pozostałości prehistorycznych osad, ryty i malowidła z tamtejszych grot, należą do najstarszych na świecie i świadczą o tym, że ludzie zamieszkiwali te tereny już milion lat temu. W Prowansji mamy ślady fenickie, greckie, ale mało jest miejsc w Europie, gdzie nie dotarli Rzymianie. Przybyli do Prowansji zaproszeni przez lokalne ludy, które prosiły o pomoc w walce z Grekami, którzy najeżdżali te tereny. Rzymianie przybyli, pomogli, wyparli Greków i zadomowili się na setki lat. Od nich też jak wspomniałam wzięła się nazwa – Provincia Nostra – „Nasza Prowincja”. Zostawili po sobie wiele śladów swojej kultury: amfiteatry, akwedukty, łuki triumfalne oraz wiele drobniejszych skarbów rzymskiej sztuki; wprowadzili nowe metody uprawy i nawadniania ziemi. Do najbardziej znanych rzymskich pamiątek należą: Nîmes, Arles, Orange, Pont-du-Gard, Pont Julien i wiele innych. O śladach rzymskich w Prowansji będzie oddzielny artykuł.

Vincent van Gogh

Vincent van Gogh przybył do Prowansji z Paryża. Jednym z miast w którym mieszkał było Arles do którego przybył w 1888 roku. Artysta przybył do Prowansji by zdobyć błękit intensywniejszy od nieba i żółć bardziej olśniewającą niż słońce.

Dał się poznać tutejszym mieszkańcom jako dziwak, którego wszyscy unikali, a nawet obawiali się go. Żył w samotności. Mieszkańcy Arles wspominali, jak chodził po polach z płótnem i sztalugami, mówił do siebie, machał rękami, chłopcy rzucali w niego kamieniami, włosy miał koloru marchewki i był widoczny już z daleka. Pewnego popołudnia wpadł do jednej z winnic i krzykiem próbował zmusić mieszkańców do zakupienia swojego obrazu za 50 franków. W tej miejscowości artysta obciął sobie ucho. W Arles i w niedalekim St. Rémy van Gogh spędził niewiele czasu, ale był to najbardziej twórczy okres w jego życiu. Pod prowansalskim niebem odnalazł barwy, których szukał,  wypracował swój styl, był ogarnięty euforią twórczą, malował po dwa obrazy dziennie, tu powstało wiele jego znanych dzieł m.in. Słoneczniki, Żółty dom, Pokój, Autoportret z zabandażowanym uchem i fajką i setki innych obrazów. Co ciekawe nic z tego nie pozostało w mieście, którego obywatele napisali pismo do władz z żądaniem, aby umieścić artystę w szpitalu dla umysłowo chorych. Dokument ten został opublikowany w lokalnej prasie, a obecnie znajduje się w Muzeum Arlaten. Mieszkańcy Arles obeszli się z człowiekiem bardzo okrutnie, może dlatego teraz wielką karą jest dla nich to, że ominęła ich wielka fortuna, bowiem wszyscy mamy świadomość, ile obecnie są warte dzieła podpisane imieniem Vincet.

Zioła prowansalskie

Prowansja to nie tylko zapach lawendy i czosnku. To również słynne zioła prowansalskie, których aromat unosi się na każdym kroku. Czuć je na targach, w restauracjach, czy z kuchni, z której przez otwarte okna wydobywa się zapach rozmarynu, bazylii, tymianku, szałwii lekarskiej, mięty pieprzowej, cząbru ogrodowego, oregano i majeranku. Te właśnie zioła tworzą słynną mieszankę prowansalską. W niektórych miejscach wzbogaca się ją o lawendę, ale co ciekawe, bardzo rzadko dodaje się ją we Francji.

Migdały

Zauważyłam, że we południowej Francji bardzo chętnie spożywa się migdały. Prowansja nie jest specjalnie ważnych graczem w ich uprawie, niemniej jednak orzechy te dość często pojawiają się w prowansalskiej kuchni. Migdały sprowadzili do Europy Grecy ponad dwa tysiące lat temu. We Francji za ich uprawę zabrano się dopiero w XVI wieku, ale do dzisiaj nie jest to produkcja na skalę, która zaspokajałaby zapotrzebowanie Francuzów na te orzechy. A zapotrzebowanie jest spore. Bardzo chętnie podaje się je jako dodatek do apéritifu, stosuje się jako posypkę do ryb, kurczaka, kuskusu czy nawet warzyw. Bardzo popularne są migdały w deserach, ciastach, ciasteczkach, tortach, migdały w czekoladzie, w marcepanie, nugat. Popularne są lody migdałowe, w których znaleźć można powtykane kawałki orzechów. A jakby nam migdałów było mało, to możemy skosztować jeszcze likieru Amandine.

Anchoiade- pasa z anchois

Dość ostra pasta/ purée zrobiona z rybek anchois, czosnku i oliwy z oliwek. Proporcje w zależności od upodobań. Pastą smaruje się grzanki, co tworzy przepyszną prowansalską przekąskę. Anchoide można przyrządzić również w formie sosu, w którym macza się surowe warzywa.

Mistral x 2

Pierwszy to prowansalski poeta i laureat Nagrody Nobla – Frédéric Mistral, a drugi to le mistral porywisty wiatr, który się kojarzy z Prowansją, jak lawenda. Jest on zmorą Prowansalczyków, jego prędkość może przekraczać 180 km/ h zimą na lądzie, a morzu może osiągać siłę 8 stopni w skali Beauforta, tworząc na spokojnym zazwyczaj Morzu Śródziemnym fale, niczym na Atlantyku. Mistral jest bardzo niebezpieczny. Potrafi zrywać dachówki, wyrywać okiennice, zwiewa z pól wierzchnie warstwy gleby, sieje spustoszenie na polach uprawnych, a młode drzewa wystawione na siłę wiatru, rosną pochyłe. U meteopatów powoduje bardzo złe samopoczucie. Ludzie stają się drażliwi, podenerwowani, bywają wyczerpani wielodniową wietrzną pogodą. Krąży fama, że w Prowansji działanie mistralu jest uważane w sądach za okoliczność łagodzącą w sprawach kryminalnych. Mieszkańcy Marsylii (którzy słyną z wyolbrzymiania wszystkiego, zresztą jak pozostali mieszkańcy Francji), twierdzą, że Mistral wieje przez 100 dni w roku. Prawda jest taka, że jak się rozpędzi, to wieje kilka dni z rzędu. Lokalne anegdoty głoszą, że łatwo poznać ludzi, którzy żyją z mistralem po tym, że chodzą pochyleni lekko w przód, lub lekko w tył – jakby chcieli złapać równowagę w zależności od kierunku wiatru.

Jest jeszcze wiele elementów, które tworzą ten niezwykły region, jakim jest Prowansja: Paul Cézanne, pastelowe domki z niebieskimi okiennicami, konie z Camargue, oliwki, architektura kościołów i zamków. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Tymczasem zainteresowanym polecam książki Petera Mayla- miłośnika książek o Prowansji, i autora bardzo ciekawych i pełnych humoru publikacji na temat tego regionu. Ja tym razem zajrzałam do: „Prowansja od A-Z”

Anna Gajewska

Na wyjazdach ze mną możesz liczyć na przyjazną atmosferę i bliski kontakt z człowiekiem. Podróżujemy w kameralnych grupach, co umożliwia nam nawiązanie relacji, a mi wysłuchanie potrzeb każdego mojego towarzysza podróży. W małych grupach mamy więcej możliwości, możemy dotrzeć tam, gdzie nie docierają tłumy.

Inne wpisy

Noël

Boże Narodzenie jest jednym z najważniejszych i najbardziej nastrojowych świąt

przeczytaj
Scroll to Top