Eduardo Mendoza jako Katalończyk wychowany w dzielnicy Eixample, wiele uwagi poświęca Barcelonie, jej mieszkańcom, zwyczajom, historii. Dokładnie opisuje miasto, czasem wykracza również poza nie, ale pozostaje wierny Katalonii. Bohaterowie jego powieści często są Katalończykami, przejawiają typowe katalońskie cechy. Jedną z jego wielu powieści przedstawiających Barcelonę jest „Lekka Komedia”. Akcja rozgrywa się w Barcelonie i okolicach, a głównym bohaterem jest barcelończyk – Prullas. Mendoza w genialny sposób konstruuje sylwetki swoich bohaterów i poświęca im sporo opisów. Pomiajm tu szczegółową charakterystykę postaci, skupiając się na cechach, które uchodzą za katalońskie.
A jakimi cechami odznacza się Katalończyk?
Otóż mieszkańcy Barcelony różnią się nieco od pozostałych Hiszpanów. Są bardziej nieśmiali, skryci, zamknięci w sobie, skupieni na pracy i nieco bardziej zdystansowani. Charakteryzuje ich przedsiębiorczość. Słynna „mañana” dotyczy ich w mniejszym stopniu niż innych mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego. W oczach pozostałych Hiszpanów, Katalończycy uchodzą za chłodnych, nieco chytrych i oddanych pracy zawodowej. Katalończycy są wytrawnymi handlowcami. W Barcelonie jest niebywała ilość sklepów, co nie powinno jednak dziwić, gdy się sięgnie pamięcią do czasów fenickich i rzymskich. Kupieckie tradycje Barcelony sięgają właśnie tamtych czasów. W stolicy Katalonii standard życia jest wysoki, ale też kosztowny. Ciężko się na niego pracuje. Bardzo istotna jest tu wydajność, punktualność i wiarygodność. Andaluzyjskie powiedzenie mówi: „Andaluzyjczycy pracują, żeby żyć, a Katalończycy żyją, żeby pracować”. Sami Katalończycy przypisują sobie dwie cechy: el sena oraz la rauxa. El sena jest połączeniem rozwagi, pewności siebie oraz trzeźwości myślenia. Natomiast la rauxa jest jej kompletną przeciwnością, bo ujawnia się jako wybuch emocji, impuls, napad dzikości, złości. Barcelończycy są bardzo wytrwali w swoich działaniach, ale wciąż pozostają narodem śródziemnomorskim: szalonym, kreatywnym, kochającym zabawę, hałaśliwym, stadnym, pełnym energii, są ludźmi ulicy – to na ulicach miasta toczy się życie, spotykają się, jedzą, piją, uprawiają tapeo. Są skuteczni, pełni entuzjazmu, cenią sobie przygody, dalekie podróże, wykazują się inicjatywą i nowatorstwem – władają doskonałymi technologiami. Katalończycy bardzo chętnie się jednoczą, kultywują swoje tradycje.
Bywając wielokrotnie w tym regionie, nie udało mi się bliżej poznać zbyt wielu Katalończyków (posłużyłam się przewodnikiem”Barcelona. Miasta marzeń”, Biblioteka Gazety Wyborczej), ale wiele ich cech jest widocznych gołym okiem np. podczas świąt Sant Jordi, La Merce czy święto narodowe 11 września, kiedy widzimy ich solidarność i zjednoczenie. Niemal wszystkie przewodniki o Barcelonie powielają te same opinie o jej mieszkańcach. Część z nich potwierdza również Eduardo Mendoza
Komu wierzyć, jak nie rodowitemu Katalończykowi?
Kreacje bohaterów Mendozy potwierdzają powszechnie powtarzane informacje. Zresztą komu wierzyć, jak nie Katalończykowi? Poniższy fragment dotyczy głównego bohatera widzianego z perspektywy Hiszpana pochodzącego z innej części kraju:
Cieszę się, że jest pan taki rześki i pełen wigoru, wykrzyknął wysoki funkcjonariusz; szczerze mówiąc, bałem się, że zastanę pana jeszcze w piżamie. Zapomniałem, że jest pan nie tylko artystą, ale na dodatek Katalończykiem: pracowity naród, posiadający pracowitych synów.
Inny fragment dotyczy sytuacji, w której Prullas potrzebuje pomocy i waha się, czy zwrócić się o nią do kolegów po fachu. Tu potwierdza się pogląd, że Katalończycy bywają zdystansowani i nieufni:
Oni w najlepszym razie uważają, że zaprzedałem się reżimowi, a w najgorszym mają mnie za konfidenta policji. Są podejrzliwi i nieufni
W odpowiedzi na jego wątpliwości, z ust jednego z jego znajomych padają słowa określające solidarność Katalończyków:
Nie powinieneś wątpić w ich poczucie koleżeństwa, odparł Fontucuberta, i w zawodową solidarność Katalończyków. W złej godzinie wszyscy zwierają szeregi.
Prawda jest taka, że Katalończycy nie raz udowodnili swoją solidarność i jedność. Choćby poprzez sam fakt, że wielokrotnie pokonali poważne kryzy, a to dzięki powyższym cechom, podobnie jak przypisywanej im wytrwałości i pracowitości. W kryzysowych chwilach łączyli się, aby walczyć i wytrwale dążyli do niezależności.
Akcja powieści Eduardo Mendozy rozgrywa się w Barcelonie lat czterdziestych, czyli w czasie najbardziej krwawych represji podczas dyktatury generała Franco. Warto wspomnieć, że nasz bohater od nikogo pomocy nie uzyskał, i że w tej sytuacji solidarność Katalończyków nie sprawdziła się, jednak należy zaznaczyć, że mamy tu do czynienia ze szczególnym okresem w historii miasta, w którym władze próbowały stłumić tożsamość narodową mieszkańców, a jakiekolwiek podejrzenia o działania sprzeczne z ideą władzy centralnej, groziły nawet utratą życia. Mendoza w swoich powieściach wiele miejsca poświęca historii, opisuje realia panujące w danych czasach. Niemniej jednak, mimo że wspomniana jedność i solidarność Katalończyków zostały na chwilę stłumione, to przedstawione fragmenty udowadniają, że są one mocno zakorzenione w ich mentalności.
Również w tej powieści, Mendoza przypomina, że Katalończycy mimo cech, które odróżniają ich od pozostałych Hiszpanów, wciąż jednak pozostają ludźmi południa, mieszkańcami basenu Morza Śródziemnego:
Władze miasta zwykły zarządzać remonty i naprawy w miesiącach letnich, kiedy jest mniejszy ruch kołowy; miało to na celu oszczędzanie kłopotów mieszkańcom. Potem jednak roboty przeciągały się do jesieni, a nawet do wilgotnej i ponurej pory zimowej. Patrząc na pracujących robotników, można było łatwo zrozumieć przyczynę takiej zwłoki: jeden zawiązywał sobie sznurowadło, drugi skręcał papierosa, przysiadłszy na wózku z cementem, a trzeci, w cieniu pod barakiem, pochłaniał ogromną pajdę chleba. Ponieważ owe remonty przeprowadzano głównie po to, aby zatrudnić bezrobotnych, a dniówka była śmiesznie mała, nikt się nie wysilał, aby popędzić ich przy pracy.
Fragment ten przedstawia opieszałość południowców, ale jednocześnie wskazuje fakt typowy dla czasów dyktatury – starano się o to, aby każdy miał pracę.
W swojej powieści Mendoza poświęcił dużo uwagi na przedstawienie Barcelony, jej klimatu, mieszkańców, ich zwyczajów, upodobań, tego, o czym rozmawiają, czym się interesują, co jedzą, jak żyją. Prezentuje nam tło historyczne i stara się jak najdokładniej ukazać toczące się życie, aby później wprowadzić bohaterów i rozkręcić akcję i zabrać nas do lat czterdziestych i przeprowadzić ulicami Barcelony.
Tego lata zgodnie z panującą modą, kobiety robiły klockowe koronki. (…) Rozmawiano przy tym o różnych błahostkach ubarwiających ich spokojną egzystencję, bo i czasy były spokojne, nieobfitujące w rozrywki: dni i godziny upływały powoli, pośród łagodnej monotonni, wypełnione pracą zawodową albo niekończącą się domową krzątaniną. Mężczyźni większość dnia spędzali w biurze, niekiedy trochę pracując, a przeważnie gawędząc z kolegami, rozwiązując krzyżówki i wypełniając kupony totolotka, podczas gdy w domu ich żony urozmaicały sobie pracowitą samotność słuchaniem nadawanych przez radio powieści w odcinkach, konkursów i muzyki oraz wyśpiewywaniem na całe gardło – nad gorącym żelazkiem, wśród pobrzękujących rondli i talerzy – smętnych piosenek o okrutnej, rozpaczliwej miłości.
Wszędzie tam, gdzie panowały porządek, umiar i zgoda, ponad wszystko ceniono takt i elegancję, a o dobrych manierach nie zapominano nigdy, w żadnej sytuacji: w tramwaju i w trolejbusie panowie ustępowali miejsca paniom, a przechodząc obok kościoła, zdejmowali kapelusze. Ruch kołowy na ulicy zatrzymywano, by przepuścić kondukt pogrzebowy, a wychodząc z domu, należało się przeżegnać, w tych latach bowiem religia odgrywała znaczącą rolę: przynosiła pociechę i zalecała opanowanie; (…). Praktyki religijne, msze święte, nowenny, ćwiczenia duchowe i różnego rodzaju zbożna działalność pochłaniały sporą część dnia, zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety (…) kobieta niezamężna, a bliska trzydziestki, jedynie w skrupulatnej pobożności mogła szukać pociechy i tylko dewocyjnymi praktykami zapełnić czas.
Mimo, że władze dokonały wszelkich starań, by rozwiązać problem zaopatrzenia, to jednak chleb, mleko, fasola, soczewica, groch, mięso, cukier i oliwa pojawiały się tylko w niewielkiej ilości na stołach biedaków, imigranci zaś – jako że wobec braku odpowiednich materiałów nie było mowy o budowie nowych domów – musieli mieszkać w krytych blachą barakach z lichej cegły, jakie bez ładu i składu stawiano w dzielnicach pozbawionych wszelkiego zaplecza, bez szkół, bez przychodni lekarskich, bez wody i światła, na nie nadających się do użytku terenach takich jak plaża, wyschnięte koryta rzek albo strome zbocza wzgórz, gdzie gwałtowne ulewy wywoływały każdej jesieni powodzi i nierzadko były przyczyną śmiertelnych ofiar.
Ponadto panie miały do omówienia jeszcze inne sprawy: wymieniały między sobą przepisy kulinarne, zdradzały pewne sekrety kuchenne, udzielały sobie nawzajem porad no i, przede wszystkim, długo i szeroko rozprawiały o ciuchach, w owej epoce bowiem przedstawicielki płci pięknej – nigdy nie zapominając o normach obyczajowości – musiały bardzo dbać o swoją aparycję (…) Chociaż niektóre pisma dla pań wspominały o tendencji do skracania sukien, to jednak żadna przyzwoita kobieta nie ośmieliłaby się pokazać w spódnicy odsłaniającej łydkę czy też w spodniach lub, w lecie, zrezygnować z pończoch (…) Te sprawy zresztą, podobnie jak wiele innych, znalazły się na dalszym planie, gdy nagle spadły na miasto nieznośnie letnie upały (…). W ucieczce przed skwarem całe rodziny zaraz po zakończeniu roku szkolnego, gdy tylko przybytki nauki zamknęły podwoje, przenosiły się do swoich letnich willi. Bogaci spędzali wakacje nad morzem, a średnio zamożni w górach. Niektórzy, ci najlepiej sytuowani, posiadali po dwie letnie rezydencje i wypoczywali na zmianę to w górach, to na wybrzeżu…
Kobiety wraz z dziećmi i służbą wyjeżdżały, zabierając ogromne bagaże (…), i przenosiły się na wieś, do letnich rezydencji, mężowie zaś, których zatrzymywał w Barcelonie obowiązek pracy od poniedziałku do soboty (…), jakoś tam sobie radzili w tej samotności: obiady i kolacje jadali w restauracjach, a brak ogniska domowego kompensowali spotkaniami towarzyskim przy kawie albo podwójnym seansem filmowym w dobrze klimatyzowanym kinie, gdzie, uciekłszy od gorąca i duchoty, leniwie osuwali się na miękkie fotele w ostatnich rzędach i gdy tylko gasły światła i zaczynała się kronika filmowa – zapadali w drzemkę, aby nie ulec zgubnemu wpływowi sentymentalnych romansów prezentujących „kobiety fatalne” (…).
Fragmenty zaczerpnięte z: „Lekka Komedia”, Mendoza E.
“Barcelona. Miasta marzeń”, Biblioteka Gazety Wyborczej, tł. Kubiak J., Wydanie I, Warszawa 2009, s.53-57







